Ordynariat Prawosławny
Wszechnica
23.10.2012
Duch armii w miłości i w rozkazie
- Trzeba odróżniać dobro od zła. I wybierać przede wszystkim dobro - mówił "Rz" Miron Chodakowski, ordynariusz polowy Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Dziś skończyłby 55 lat. Zginął w katastrofie smoleńskiej.
 
- Polska Cerkiew prawosławna znalazła już swoje miejsce w naszej armii. Jak się układają stosunki z Kościołem katolickim, którego wierni zdominowali przecież wojskowe szeregi?
Biskup Miron Chodakowski [w 2008 został podniesiony do godności arcybiskupa]: - Współżycie między Kościołami siostrzanymi układa się pozytywnie. Powiedziałbym nawet, że w środowisku wojskowym jest lepiej niż poza murami koszar. Myślę, że w ostatnich latach znaleźliśmy wspólny język w tych trzech duszpasterstwach, które w armii istnieją, i nauczyliśmy się działać razem. Są przykłady wzajemnej życzliwości. Na moją prośbę ksiądz biskup Sławoj Leszek Głódź, [ówczesny katolicki ordynariusz polowy], przekazał nam kaplicę w 61. lotniczym pułku szkolno-bojowym w Białej Podlaskiej. Po remoncie i adaptacji będzie służyła licznym tam rodzinom oficerów prawosławnych. Tworzy się tradycja, że kapelani trzech duszpasterstw wspierają się w swoich jednostkach. W okresie świątecznym odbywają się spotkania ekumeniczne, dzieliliśmy się opłatkiem.

- Nie ma międzyreligijnej rywalizacji? - Jeżeli chodzi o ordynariat polowy rzymskokatolicki, to naszych spotkań z księdzem biskupem Głódziem było sporo podczas różnych odpraw, ćwiczeń na poligonach. Kapelani różnych konfesji stykają się w jednostkach bezpośrednio. Ich związki i kontakty w znacznej mierze zależą od osobowości ludzi. W wielu jednostkach są po prostu bardzo dobre. Z ordynariatem ewangelickim mieliśmy w zeszłym roku wspólny poligon wojskowy w Wędrzynie, w Śląskim Okręgu Wojskowym. Myślę, że były to dosyć pozytywne doświadczenia. W czasie tych ćwiczeń poligonowych gościliśmy również naczelnego duszpasterza prawosławnego armii greckiej, księdza Nifona Aleksiju. To było dla gościa nowe doznanie, bo w Grecji Kościół przyzwyczajony jest do samodzielnego działania w wojsku. Greków interesowały więc wspólne przedsięwzięcia duszpasterstw w służbie żołnierzowi podczas pokoju, a także w warunkach niepokoju, bo zwłaszcza wtedy do celu trzeba zmierzać razem.
To, że w wojsku, jeżeli chodzi o międzyreligijne stosunki, jest nieco lepiej niż na zewnątrz, wynika również z istoty sił zbrojnych. Armia w swoich strukturach stara się nadać pełny kształt wszystkim duszpasterstwom, bo w wojsku wszystko dzieje się i w miłości, i w rozkazie.


- W czasie interwencji NATO w Kosowie polski Kościół prawosławny nie krył swego współczucia dla serbskich braci w wierze. Angażował się potem w akcje humanitarne, niósł pomoc Serbom. Czy prawosławne duszpasterstwo wojskowe nie przeżywało rozterek, zważywszy na jednoznaczne zaangażowanie polskiej armii w sojuszniczą operację NATO na Bałkanach?
- W warunkach niepokoju, zwłaszcza w armii nie będą pytać, kto ty jesteś, jaki jesteś, najistotniejsze jest bowiem, co robisz dla swojej ojczyzny i praw człowieka.

- Żołnierze prawosławni nie stanęli więc wobec problemu, czy iść razem z sojusznikami do Kosowa i bronić praw człowieka?
- Każda akcja, nawet ta, którą nazywamy pokojową, niesie różne niebezpieczeństwa. W tym wypadku stanęliśmy przed trudną próbą i wyzwaniem. Nie jest to nic nowego. Przecież było już wiele różnych konfliktów, gdzie ramię przy ramieniu, w jednym szeregu stawali żołnierze różnych wyznań. Często zadaje się nam pytanie, jak wy, prawosławni, odnosicie się do tego konfliktu, kiedy tam, po jednej ze stron są również modlący się w cerkwi Serbowie.
Moim zdaniem trzeba odróżniać dobro od zła. I wybierać przede wszystkim dobro. Nie można w kwestii kosowskiej stawiać jakiegoś wyzwania szczególnie adresowanego do Kościoła prawosławnego, katolickiego czy innego.
To oczywiście boląca sprawa. Nie wolno na przykład wszystkich Serbów postrzegać jako całkowitego zła. Oceniano ich tak, kiedy była wojna w Bośni czy Chorwacji. Potem mówiono, iż takim samym złem są Serbowie w Kosowie. Mam jednak odczucie, że w tej chwili, już po tych tragicznych miesiącach, społeczeństwo zaczyna patrzeć troszeczkę inaczej na ten problem. Okazuje się, że po zakończonych działaniach wojennych nie zniknęło zło. To zło nie wychodzi tym razem od Serbów. Widzimy, iż często właśnie kosowscy muzułmanie napadają na żołnierzy, którzy tam są, i manifestują, że są z sił NATO niezadowoleni. Nie dostrzegam, by Serbowie byli jakoś szczególnie zacietrzewieni w stosunku do przeciwników.
Cieszę się, że polscy żołnierze są w tej części Kosowa, gdzie żyje większość Serbów. Mogą dać świadectwo swemu powołaniu do czynienia spokoju. Powołaniu i swej wierze chrześcijańskiej, bo to jest najważniejsze. A służba wierzących i każdego żołnierza polega na pomaganiu wszystkim. W Kosowie przede wszystkim trzeba się starać, żeby zapanował całkowity pokój. Będzie to trudne i nie nastąpi szybko.


- Czy ordynariat sam organizował jakieś akcje charytatywne adresowane do serbskiej Cerkwi?
- Ordynariat bezpośrednio się nie angażował. Działał wspólnie razem z całym Kościołem. Organizowaliśmy wśród wiernych zbiórkę pieniędzy. Przekazaliśmy je wraz z darami serbskiemu patriarchatowi. Rozdzielono je bezpośrednio tam, na miejscu. Myślę, że pomoc będzie kontynuowana. Słyszymy o ogromnej pomocy dla Albańczyków z Kosowa. Bardzo rzadko ktoś mówi, żeby pomagać również Serbom. To jest tragiczne. Tym bardziej my, Polska jako kraj chrześcijański, powinniśmy pamiętać, co nas łączy również z chrześcijańskimi Serbami. Wielu to dziś po prostu ludzie w potrzebie. Oni nie spowodowali tej wojny, mieszkali w tej części kraju, w Kosowie. Tam, gdzie przed wiekami Serbowie przyjęli chrzest. Tam są ich centra duchowości. Nie jest tak łatwo wszystko to dzisiaj oddać i zatracić. To tak, jakby utracić część ducha Kościoła serbskiego. Odczuwalibyśmy to samo, gdyby dzisiaj ponownie nam odebrano Gniezno. Myślę, że polskie społeczeństwo powinno zdawać sobie w pełni sprawę z sytuacji. Wiem od biskupów patriarchatu serbskiego, że dzięki Bogu polscy żołnierze nie zatracają tam ducha chrześcijańskiego.

- Powróćmy na nasze podwórko. Dwudziestu prawosławnych kapelanów już kolejny rok posługuje rozproszonym po całym kraju wiernym. Czy ich również dotknie redukcja związana z restrukturyzacją w armii?
- Nie mamy z czego redukować. Raczej potrzebowalibyśmy nowych etatów, lecz wiemy, jaka jest sytuacja w przededniu całkowitej przebudowy struktur wojskowych. Nawet więc nie występowaliśmy o dodatkowych ludzi. Posługujący kapelani muszą pokonywać po kilkaset kilometrów, żeby dojechać do wszystkich jednostek i tam zapoznać się z życiem żołnierzy prawosławnych.

- Który z kapelanów ma najcięższy żywot?
- Myślę, że najtrudniejszą misję wykonują ci, którzy obsługują okręg pomorski. Z Gdańska i Torunia muszą obsłużyć całą północno-zachodnią i środkowo-zachodnią część kraju. Nasi kapelani spotykają się z takimi przypadkami, że w jednostkach jest tylko po kilku wiernych. Wiedzą jednak, że obowiązkiem duszpasterza jest dotarcie do każdego. I ci kapelani naprawdę starają się dotrzeć wszędzie, mimo że coraz częściej wojsko nie ma nawet na zwrot kosztów ich podróży.

- Coraz popularniejsze staje się również w Kościele prawosławnym zbiorowe pielgrzymowanie.
- "Popularniejsze" to niewłaściwe słowo. To stało się po prostu normalne. Tak jak w swoim czasie żołnierze brali przepustkę, żeby uczestniczyć w nabożeństwach i być z rodziną, tak teraz mogą pielgrzymować w Dzień Przemienienia Pańskiego na Grabarkę czy do Supraśla. Nie docierają do mnie sygnały o problemach czy przeszkodach ze strony dowódców. Organizatorzy pielgrzymek wiedzą, że nie toleruję żadnego przymusu, bo to jest sprawa sumienia człowieka i jego duchowej potrzeby. Coraz częściej więc na przykład z odległego Białegostoku chłopcy wędrują na Grabarkę, aby zanieść i postawić ten symboliczny krzyż na Świętej Górze.
Ci młodzi ludzie, którzy są wcielani w tej chwili do armii, są różni - tak jak całe nasze wojsko. Jednak, jak słyszę, większość prawosławnych to ludzie odpowiedzialni i nie ma z nimi w koszarach problemów. Być może wynika to z tego, że nasza młodzież jest duchowo wykształcona. Od 20 lat, odkąd zaczęły działać bractwa młodzieży prawosławnej, obserwujemy wyraźne odradzanie się tradycyjnej duchowości wśród młodych.


- Czy wśród starszej kadry oficerskiej ujawniają się nadal prawosławni, wielu przecież przez lata skrywało swe wyznanie?
- Oczywiście, niektórzy długo wstydzili przyznawać się do związków z Cerkwią. Zwłaszcza w otoczeniu zdominowanym przez katolicyzm. Moim zdaniem teraz nie ma już większych problemów. Ja zawsze mówię: jeżeli człowiek wyznanie ukrywa, a ci, którzy koło niego żyją, o tym wiedzą, tym dla niego gorzej. Otwarte przyznanie się do wiary rodzi najwyżej zaciekawienie i szacunek. Młodzi adepci w podoficerskich, oficerskich szkołach, poczynając od Dęblina, Wrocławia, Poznania czy też Torunia, kiedy pojawia się tam nasz kapelan prawosławny, nie wstydzą się swej przynależności do Cerkwi.

 - Czy ktoś policzył w wojsku dusze prawosławne?
- Trudno mi jest powiedzieć w tej chwili, ilu jest naszych wyznawców w całej armii. Myślimy, że kilkanaście tysięcy. Moi kapelani w jednostach organizują spotkania dla wszystkich, nie tylko dla swoich. Przychodzą nie tylko prawosławni.


Wywiad z archiwum "Rzeczpospolitej", styczeń 2000 roku
za: http://www.rp.pl/artykul/944285-Duch-armii-w-milosci-i-w-rozkazie.html


 

foto
PIĘĆDZIESIĄTNICA
DZIEŃ ŚWIĘTEJ TRÓJCY

 

 
Pamięci
abp. gen. dyw. dr. Mirona (Chodakowskiego)
Prawosławnego Ordynariusza Wojskowego
1998-2010

* * *